niedziela, 23 listopada 2008

TO MIASTO PO RAZ KOLEJNY





Kolejna odsłona MIASTA. Chyba jednak mego ulubionego, niezależnie od pogody :) Choć właśnie pogoda sprawiła, że zdjęcia są wyłącznie z wnętrza katedry... Poza tym, jakoś nie miałem czasu i okazji aby często wyciągać aparat......
.

3 komentarze:

krepińska pisze...

Mój Lwów też był deszczowy i zimny,ale tak do szpiku kości. Nocowaliśmy wtedy w starej szkole na dzieci głuchoniemych, prysznice były w ciemnych piwnicach, bez światła (przepraszam,były świeczki)i bez zasłonek. Jakiś genialny chłopiec wpadł na jeszcze bardziej genialny pomysł i w tych ciemnościach zszedł do nas- biednych,przestraszonych dziewcząt, w masce przeciwgazowej a la słoń, oddychając przy tym niemiłosiernie głośno. Muszę powiedzieć,że nam się wymsknęło i krzyczałyśmy. Ale tak to jest kiedy wypuści się dzieci na ukraiński targ staroci...
Pamiętam jeszcze,przewodnika, pana w średnim wieku, który znał Lwów chyba lepiej niż ja swój własny dom,ale pewnie miał to w genach,bo był przewodnikiem z dziada pradziada.
Co do zdjęć,mam kilka bardzo nieprofesjonalnych i z Lwowa i ze Zbarażu i z Podhorców i z cudownego Kamieńca Podolskiego. Kiedy mama je wywołała ,co tu dużo mówić,witki jej opadły,ponieważ na ani jednym zdjęciu nie było mnie, tylko same zabytki... Taka skromna zapowiedź tego,co dla rasowego historyka sztuki jest normalne...:)

krepińska pisze...

oczywiście w szkole DLA dzieci,a nie na dzieci:)

Andrzej Betlej pisze...

No dobrze, upomniany - odpowiadam: mój Lwów pierwszy był upalny, lipcowy bodajże. W bardzo dobeym towarzystwie: Piotra, Marka, Sławka i Rafała. Był to Lwów którego się uczyliśmy. Kontrastów, z całkowicie nieprzystawalnymi wyobrażeniami.Lwów pochłaniany szeroko otwartymi oczyma. I co - smutne - chyba był bardziej swojski, więcej było widać "naszych" pozostałości....